Ostatnia biała plama na mapie Europy- Monako

Napiszę wprost: gdyby Monako nie było suwerennym krajem, tylko przykładowo zwykłym francuskim miastem, prawdopodobnie nigdy byśmy tam nie pojechali. Jednak w tym przypadku pokusa odwiedzenia wszystkich krajów Europy była znacznie silniejsza niźli zdrowy rozsądek. Wiedząc, że na miejscu nie ma zbyt wielu atrakcji, zaprosiłem na wyjazd sporo osób, wychodząc z założenia, że zabierając ze sobą grupę znajomych zapewnimy sobie wystarczająco wiele rozrywki we własnym gronie. Pomysł spotkał się ze sporym entuzjazmem, jednak, jak to zwykle bywa przy organizacji czegokolwiek dla większej grupy, wiele rzeczy potoczyło się zupełnie inaczej, niż pierwotnie założyliśmy.

Do Nicei, położonej chwilkę jazdy pociągiem od Monako, lecieć mieliśmy przez Wiedeń z Gdańska. Niestety, pierwszy raz w życiu poważnie pomyliłem godziny wylotów kupując kombinowane loty, przez co przelot z Wiednia do Nicei byłby niemożliwy. Postawiliśmy więc na kompromisowe rozwiązanie- zostajemy przez weekend w stolicy Austrii całą grupą, a Gosia i ja, w niedzielę, zamiast wracać do Polski, polecimy jeszcze na dwa dni na Lazurowe Wybrzeże.

Na wyjazd wybrało się poza nami jeszcze siedem osób. Biletów lotniczych w najniższej cenie starczyło dla wszystkich, ale organizacja noclegu sprawiła trochę więcej kłopotu. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na dwa mieszkania w jednym bloku, przy ulicy Ringstraße, niedaleko stacji metra Rennweg. Jedno z wynajętych mieszkań miało duży taras z ładnym widokiem na panoramę miasta, więc szybciutko przerobiliśmy je na główną melinę. Wyjazd, skorelowany z urodzinami kolegi, rozpoczęliśmy od wypicia butelki Absyntu zakupionego na strefie wolnocłowej, a następnie ruszyliśmy w stronę starego miasta, sprawdzić, co była stolica imperium Habsburgów ma nam do zaoferowania.

Zanim wzięliśmy się za zwiedzanie, zdążyliśmy już porządnie zgłodnieć. Mieliśmy w planach zjeść tradycyjny sznycel wiedeński, ale we wszystkich wysoko ocenianych restauracjach trzeba było po tę wariację na temat schabowego stać w długiej kolejce. Obniżyliśmy więc nasze kulinarne oczekiwania i skierowaliśmy się do knajpy o cudownie brzmiącej nazwie Schachtelwirt, gdzie wszyscy jednogłośnie zdecydowaliśmy się na typową austriacką potrawę, czyli świninę w kiszonej kapuście. Po skonsumowaniu posiłku popełniliśmy taktyczny błąd, nakręcając jednego kolegę, żeby zabrał niedojedzone kapuściane pyszności i świńskie skwarki z powrotem do mieszkania, a nuż przydadzą się w przyszłości? Niestety, potrawa wylała w plecaku kolegi, a następnie zaginęła gdzieś w mieszkaniu, towarzysząc nam już do końca wyjazdu, a mnie zostawiając z silnym i dziwacznym skojarzeniem, że cały Wiedeń cuchnie kiszoną kapustą.

Żeby nie było, nie wyjechaliśmy do stolicy Austrii tylko się alkoholizować i inhalować kapustą. Wybraliśmy się też na porządne zwiedzanie. A w mieście, które nabyło prawa miejskie w 1221 roku, zdecydowanie jest co oglądać. Nasza grupka skupiła się przede wszystkim na zwiedzaniu wiedeńskiego Belwederu, a także na Stephansdom, czyli katedrze św. Szczepana. Poza obszarami blokowisk, całe miasto jest bardzo przyjazne dla spacerowiczów, jest tu wiele parków i zabytkowej architektury, a gdzie się nie obejrzeć ktoś sprzedaje uliczne jedzenie, głownie oferując perły austriackiej kuchni takie jak turecki kabab albo currywurst.

Wiedeń to przede wszystkim jednak historia XX wieku. Czy wiedzieliście, że w 1913 roku to miasto zamieszkiwali równocześnie Hitler, Trocki, Tito, Stalin i Freud? Istnieje szansa, że spotkali się w jednej z wielu wiedeńskich kawiarni. Czym wyróżniają się takie wiedeńskie kawiarnie? W przeciwieństwie do wielu innych kawiarni na świecie, w Wiedniu można godzinami siedzieć samotnie przy filiżance kawy i czytać gazetę. Do filiżanki kawy podawana jest zawsze szklanka zimnej wody, a kiedy pobyt w kawiarni przedłuża się, kelner przynosi kolejną szklankę wody. Ma to oznaczać, że każdy gość ma prawo delektować się pobytem w kawiarni i nie może czuć presji opuszczenia jej po wypiciu swojej filiżanki kawy. Postanowiliśmy więc naszą grupką udać się do kawiarni Café Sperl, będącej ulubionym miejscem najbardziej rozpoznawanego na świecie Austriaka, czyli Adolfa Hitlera. Na szczęście nie przeszliśmy selekcji przed Café Sperl, więc musieliśmy skierować swoje niearyjskie twarze w kierunku innej, bardziej przyjaznej kawiarni. Nasz wybór padł na Café Drechsler, gdzie było tak sympatycznie, że aż kelnerka postawiła całej naszej grupie szoty na koszt baru. Zdecydowanie polecam to miejsce 😉

Po dwóch wspólnych dniach przyszła pora oddzielić się od grupy i polecieć do Nicei, gdzie udało nam się ogarnąć przyzwoity nocleg w dobrej cenie praktycznie przy nadmorskiej Promenadzie Anglików. Muszę przyznać, że Nicea bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła; miasto jest ładne, miejscowa plaża jest bardzo klimatyczna, a ludzie sprawiają wrażenie mocno wyluzowanych. Ciekawa architektura Nicei wynika z jej burzliwej historii- od powstania około 300 roku p.n.e. aż do 1860 roku, kiedy miasto zostało włączone do Francji, stolica Lazurowego Wybrzeża przechodziła z rąk do rąk. Spacerując po nadmorskiej promenadzie bardzo łatwo zapomnieć, że w 2016 roku w wyniku zamachu terrorystycznego zginęło tutaj aż 87 osób.

Z Nicei udaliśmy się szybkim pociągiem do Monako. Ciężko opisać to miasteczko-państewsko inaczej, niż jako snobistyczny raj podatkowy. Księstwo Monako zajmuje zaledwie dwa kilometry kwadratowe, na których mieszka prawie trzydzieści osiem tysięcy osób, co powoduje najwyższą w Europie i jedną z najwyższych na świecie gęstość zaludnienia. Elitę obywatelską księstwa stanowi jedynie 18% ogółu ludności, czyli Monageskowie. Wskaźnik ubóstwa jest tutaj najmniejszy na świecie, stopień bezrobocia zerowy, a oczekiwana długość życia najdłuższa na świecie. W Monako nie odprowadza się podatku dochodowego, zaś dochód brutto na jednego mieszkańca wynosi 70 tysięcy dolarów rocznie, państwo to zamieszkuje największy na świecie odsetek milionerów i miliarderów. a podstawę gospodarki stanowią bankowość, handel nieruchomościami i turystyka. Codziennie do pracy dojeżdża tu ponad 50 tysięcy pracowników z Francji i Włoch.

Najciekawszym budynkiem na pewno jest kasyno i przylegający do niego plac. Warto przejść się po porcie jachtowym i pooglądać drogie łodzie, a na samo stare miasto starczy spokojnie piętnaście minut. Więcej czasu niż samo zwiedzanie zajął nam piknik na plaży. Skupiłem się wtedy mocno na miejscowej architekturze, nie do końca dowierzając w to, co widzę. Doskonale wiem, że Monako lata świetności ma już za sobą, doskonale wiem, że aby móc starać się o obywatelstwo trzeba posiadać nieruchomość, rozumiem, że na tak małej powierzchni nie da się budować niczego innego, niż blokowisko. Ale dlaczego te bloki są tak biednie wykonane? Czemu ci milionerzy trzymają na mikrobalkonikach plastikowe meble? Spodziewałem się prawdziwego bogactwa, ale obraz Monako tak naprawdę uświadomił mi, jak daleko w blokach startowych została Europa w wyścigu na największych snobów świata. Ciężko w ogóle próbować porównać Monako do Dubaju czy Singapuru. Takie same bloki, tylko mniej kolorowe i nieco niższe, można znaleźć w praktycznie każdym polskim mieście.