Inflanty mroźną zimą

Przygotowując się do popełnienia tego wpisu poważnie zastanawiałem się co kierowało nami w styczniu 2014 roku, gdy postawiliśmy wybrać się do stolic Łotwy i Estonii na krótki wypad. Ciężko mi sobie wyobrazić jakiś sensowny argument za odwiedzeniem tych miejsc o tej porze roku. Ok, pokryta śniegiem starówka Tallina może i faktycznie wygląda bardzo urokliwie, ale po co pchaliśmy się do Rygi? Skąd nagłe zainteresowanie stolicą kraju, którego absolutnie nikt nie odwiedza? Prawdopodobnie za przypływ inspiracji do tego wyjazdu odpowiadał przypadający na przełom lat 2013 i 2014 wysyp żartów o łotewskich chłopach. Kto nie słyszał lub nie pamięta, przypominam:

>>Łotewski chłop mówi do syna: „Mam złą i dobrą wiadomość”. Syn: „jaka zła?” „Politbiuro przyszło i zabiło matkę”. „A jaka dobra?” – „Twoja łza posoli zimnioka”. Ale nie ma zimnioka, jest tylko mroźna zima, halucynacja z niedożywienia i śmierć.<<

Postanowiliśmy więc za grosze złożyć trasę Gdańsk-Oslo-Ryga-Tallin-Oslo-Gdańsk (to były takie czasy, kiedy wszędzie latało się z Oslo Sandefjord albo Oslo Rygge). W każdym z miast mieliśmy po dwa pełne dni, które spędzaliśmy na próbowaniu różnych miejscowych specjałów kulinarnych i alkoholowych, a także na marznięciu podczas włóczenia się po mieście, gdyż temperatura wahała się od -5°C do -10°C.

Zwiedzanie Rygi moim zdaniem należy rozpocząć od uświadomienia sobie, że poza jednym miejscem, któremu wszyscy robią zdjęcia, nie ma tam żadnych znaczących atrakcji turystycznych. Żadnej ciekawej architektury, kilka kościołów, hala targowa, parę nowoczesnych budynków. W centrum można poczuć hanzeatycki klimat miasta, przeważa niska zabudowa. Poza samym centrum- postsowiecki syf. Skoro więc klasyczne zwiedzanie mamy z głowy, to bez wyrzutów sumienia można się kręcić po mieście bez celu. Pierwszym, co zwraca uwagę na Łotwie jest dwujęzyczność mieszkańców. Prawie tak często jak dziwaczny łotewski na ulicy słychać rosyjski. Wynika to z tego, że za czasów ZSRR przesiedlono tutaj wielu Rosjan. Teraz około 40% społeczeństwa (800 000 ludzi) to rdzenni Rosjanie, z których większość nie czuje z Łotwą absolutnie żadnej więzi. Jak łatwo można sobie wyobrazić, prowadzi to do wielu tarć w kraju, a i odwiedzającym może sprawić problem- w jakim języku zagadywać lokalsów? Po łotewsku oczywiście nic nie umiemy powiedzieć, za rosyjski 60% populacji się obraża, a po angielsku mało kto mówi. Ja proponuję opanować z pięć słów po łotewsku (dziękuję, proszę, dzień dobry, do widzenia, przepraszam) i do tego dołożyć resztę po angielsku. Jeśli zagadany Łotysz nie zna angielskiego, pytamy po rosyjsku, i wtedy protokół jest zachowany.

Przydatny w komunikacji może być też melodyjny język naszych zachodnich sąsiadów, chociażby z tego powodu, że obecna Łotwa znajdowała się pod bardzo silnym wpływem kultury niemieckiej. Łotwa i Estonia to dawne Inflanty, które najdłużej w swej historii znajdowały się właśnie pod panowaniem niemieckim. Kultura niemiecka oddziaływała tam jednak znacznie dłużej niż tylko w czasie oficjalnego panowania Niemców na tym terenie. W czasie rządów szwedzkich, rosyjskich, a nawet polskich Niemcy nadal stanowili tam wyższą, uprzywilejowaną klasę społeczną. Lekko bulwersujący jest fakt, że 16 marca każdego roku obchodzi się tam dzień Łotewskiego Legionu SS. Tak, każdego roku w połowie marca ciągle żywi, wierni nazistowskim ideałom, uznane przez łotewski rząd za kombatantów, odpowiedzialni chociażby za mord 25 tysięcy żydów w Rumbuli, dumne i obwieszene medalami dziadki dzielnie maszerują ulicami łotewskiej stolicy. Ot, taki folklor. Lekko pocieszający jest jedynie fakt, że z roku na rok liczba defilujących po Rydze emerytów zmniejsza się z przyczyn naturalnych, opuszczając nasz ziemski padół i dołączając do swoich dziecięcych idoli w ogniu piekielnym.

 

 

Żeby nie było, Ryga ma też swoje plusy. W 2014 było tam bardzo tanio, ale był to okres przejściowy przy wprowadzaniu europejskiej waluty w tym kraju, więc ceny były podawane jednocześnie w Euro i Łatach. Kuchnia podobna do litewskiej, królują ziemniaki, ale spożywa się też dużo ryb. Wbrew mojemu wcześniejszemu narzekaniu jest tam kilka miejsc, które mimo wszystko warto odwiedzić- Pomnik Wolności, Sobór Narodzenia Pańskiego, Dom Kotów, Biblioteka Narodowa, Kościół Świętego Piotra, a także najsłynniejsza atrakcja kraju- Bractwo Czarnogłowych. Polecamy też zrobić zakupy w jednym z największych w Europie spożywczych targów, umieszczonych w starym magazynie portowym. Rzuca się w oczy mnogość polskich produktów, zwłaszcza mlecznych.

Z Rygi do Tallina ruszyliśmy nadspodziewanie wygodnym autobusem linii Lux Express. Na pierwszy rzut oka stolica Estonii zaskoczyła nas hordą pijanych brytyjskich turystów. Niestety, Tallin ma w angielskich pubach renomę nie gorszą niż Kraków, więc i tutaj mamy do czynienia z plagą pijanych, głośnych, lejących gdzie popadnie uczestników wieczorów kawalerskich. Jednak żaden pijany Anglik nie da rady popsuć pierwszego wrażenia- tallińska starówka jest przepiękna. Największe wrażenie zrobiły na nas doskonale zachowane miejskie mury. Cudowny jest też Sobór Aleksandra Newskiego, będący solą w oku ateistycznych Estończyków. Wybudowany w 1900 roku kościół słusznie stał się symbolem rusyfikacji kraju, a po odzyskaniu niepodległości chciano go wyburzyć, ale ktoś trzeźwo zauważył, że szkoda byłoby niszczyć tak piękny budynek.

Co do innych zabytków, to warto zobaczyć też Plac Wolności, ratusz, a także przejść się do portu i nad zatokę. Mieszkańcy tych ziem od zawsze związani są z morzem, w końcu sam Ernest Hemingway mawiał, że w każdym porcie świata można znaleźć przynajmniej jednego pijanego Estończyka. Przechodząc do picia i jadła- warto odwiedzić knajpę III Drakon. Jest to średniowieczna karczma znajdującą się nieopodal ratusza. Wchodząc do środka, poczujemy się jak wkraczając do lochu. Karczma doskonale imituje średniowieczny klimat, w środku nie uświadczysz energii elektrycznej, wszystko oświetla się przy pomocy świec. Na szczęście to wszystko prezentuje się na miejscu zdecydowanie lepiej, niż można by było wywnioskować z mojego opisu. Średniowieczny klimat idealnie współgra z pyszną potrawką z łosia, spożywaną prosto z glinianej miski, w uczciwej cenie 2 euro. Pozostając w temacie cen- jest tu znacznie drożej, niż na Łotwie, ale ciągle nie jakoś wyjątkowo drogo.

 

Sami Estończycy chcieliby uchodzić za Skandynawów, ale bardziej mimo wszystko widać tu mocne wpływy niemieckie. Tallin bardzo długo był hanzeatyckim miastem, potem zdobyli go Szwedzi, co sprawiło, że zaczął podupadać. Dopiero za rosyjskiej okupacji Tallin stał się oczkiem w głowie i ulubionym miastem cara Piotra Wielkiego. Estończycy niepodległość pierwszy raz w historii zyskali po pierwszej wojnie światowej.  Warto odwiedzić tu jeszcze jedno związane z historią miejsce- na ścianie Muzeum Morskiego znajduje się tablica upamiętniająca internowanie 15 września 1939 r. polskiego okrętu podwodnego ORP „Orzeł” w porcie w Tallinie, oraz jego brawurową ucieczkę z portu pod dowództwem kapitana Jana Grudzińskiego. Ucieczka „Orła” z Tallina została wykorzystana przez decydentów radzieckich jako pretekst do oskarżenia Estonii o sprzyjanie Polsce, co ostatecznie doprowadziło do całkowitej utraty niepodległości na rzecz Związku Radzieckiego. Ostatecznie, wraz z Litwą i Łotwą, Estończycy wywalczyli sobie niepodległość po rozpadzie ZSRR, tworząc długi na ponad 600 kilometrów, łączący te trzy kraje żywy łańcuch złożony z ponad dwóch milionów osób trzymających się za ręce. I tak, to dziś, te trzy kraje mimo pewnych znaczących różnic starają się jakoś współpracować, połączone głównie strachem przed swoim wschodnim sąsiadem.

 

 

estońska impreza