w 70 dni dookoła świata – Australia

Planując naszą podróż wiedzieliśmy, że czekać nas będzie wiele wyrzeczeń, że po prostu w niecałe trzy miesiące nie da się zobaczyć wszystkiego. A naszym największym wyrzeczeniem na trasie była Australia. Zdawaliśmy sobie sprawę z faktu, że praktycznie niemożliwym jest ominąć Australię zwiedzając wyspy Południowego Pacyfiku. Jednocześnie wiedzieliśmy, że spędzenie tam dwóch tygodni to wciąż zdecydowanie za mało. Uznaliśmy więc, że kiedyś Australia będzie dla nas celem samym w sobie, a tym razem, zrobimy po prostu dłuższą przesiadkę.

Wtedy powstało pytanie, które z miast lepiej wybrać – Sydney ze swoją ikoniczną Operą czy Melbourne? Priorytetem dla mnie była możliwość zobaczenia w niedalekiej okolicy miasta koali i kangura w naturalnym środowisku. Gdy już wiedziałam, że możliwe będzie to w obu miastach, skusiliśmy się na Melbourne. Decyzję podjęliśmy głównie ze względu na bliskość słynnej Great Ocean Road.

Australia jest kolejnym krajem po Nowej Zelandii i Kanadzie, którego zwiedzanie transportem publicznym ciężko mi sobie wyobrazić. Naturalnym pierwszym krokiem był więc wynajem samochodu. Tym razem ze względu na krótki czas pobytu zdecydowaliśmy się nie brać kampera. To niestety był błąd, ponieważ w okolicach Melbourne stosunek ceny do jakości noclegów jest chyba najgorszy z jakim mieliśmy do czynienia. Pierwszy nocleg wykupiliśmy w Melbourne, w dzielnicy St Kilda.

I tu czekało nas spotkanie z australijską mentalnością, a raczej jej najgorszą częścią. Podczas wyboru pierwszego noclegu kierowaliśmy się przede wszystkim ceną i dostępnością darmowego parkingu. Poza obrzeżami Melbourne jest to nie lada wyczyn. Jednak udało nam się znaleźć odpowiedni hostel i to w fajnej dzielnicy. Po przyjeździe parking był naturalnie pierwszą rzeczą, o którą zapytaliśmy. Pani recepcjonistka, z głupkowatym uśmiechem poinformowała nas jednak, że parkingu od dawna już nie mają. Bardzo zdziwiły ją nasze następne pytania, gdzie w takim wypadku możemy zaparkować auto i czy nie myśleli, żeby usunąć informację o darmowym parkingu z serwisu booking. No cóż, tak nasze twarde uporządkowane umysły poznały filozofię „no worries mate”. Zazwyczaj odpowiada nam wyluzowany styl bycia. Jednak nie wtedy, gdy jedyne rozwiązanie każdego problemu, które potrafią podsunąć miejscowi to: „no worries mate”.

Z bardziej pozytywnych rzeczy, to po wizycie na małych pacyficznych wysepkach wreszcie mogliśmy skorzystać z uroków miasta. Zrobiliśmy pranie, naprawiliśmy komputer, skorzystaliśmy z usług fryzjera… Nie powiem, wspaniale spędzało się czas bez cywilizacji, ale przyjemnie było też do niej wrócić.

Co do samego Melbourne, cudów się nie spodziewaliśmy i też ich nie otrzymaliśmy. Ot, zwykłe nowoczesne miasto. Jedynie dzielnica St Kilda przypadła nam do gustu, ze względu na swój wakacyjny klimat. Jej najciekawszą moim zdaniem i niezbyt znaną atrakcją jest okoliczna kolonia pingwinów. Szczerze mówiąc, nie spodziewaliśmy się widoku pingwinów w Australii, a tym bardziej w centrum Melbourne. Włodarze Melbourne budując falochron na Olimpiadę w 1956 r. raczej też nie planowali, że zostanie on miejscem życia kolonii liczącej około 1200 pingwinów małych. Pingwiny z niewiadomych powodów osiedliły się tu w kilka lat po powstaniu falochronu. Od tej pory cieszą turystów, którzy codziennie wieczorem przychodzą oglądać ich marsz powrotny do swoich gniazd.

Jeden dzień spędzony w Melbourne nam wystarczył, więc postanowiliśmy wyruszyć w jedną z najbardziej znanych tras widokowych na świecie – Great Ocean Road. Jest to największy na świecie pomnik ofiar wojny, zbudowany przez żołnierzy wracających z I wojny światowej, w hołdzie swoim poległym kolegom. Trasa ciągnie się od miejscowości Torquay do Warrnambool. Większość turystów nie robi jednak całej trasy, a zatrzymuje się w okolicy Bay of Martys. Podobno jest to wycieczka jednodniowa. My jednak mając wystarczająco dużo czasu i chcąc uniknąć pośpiechu zdecydowaliśmy się zrobić ją w dwa dni. Znowu sporym wyzwaniem okazało się znalezienie miejsca noclegowego w znośnej cenie, w którym dostaniemy pościel (?!). Ostatecznie wybór padł na hostel prowadzony przez dwie urocze, starsze Australijki. Miał on kilka zalet, w tym wspomnianą wcześniej pościel, a przede wszystkim, w niedużej odległości istniała możliwość obserwacji dzikich kangurów. Poza tym hostel był położony blisko najważniejszej atrakcji trasy – ikonicznych Dwunastu Apostołów. Jest to jedyny nocleg, z którego korzystaliśmy w Australii, a który byłabym w stanie polecić.

Na trasie, poza pięknymi widokami, szczególnie takich fanatyków fauny jak ja zainteresują miejsca, w których możemy spotkać endemiczne australijskie zwierzęta. Nam kilkukrotnie udało się wypatrzyć kangury. Raz zupełnie dzikie, żyjące w okolicy naszego hostelu o nazwie 13th Apostle Backpackers. A także te już częściowo oswojone, przebywające na polu golfowym w miejscowości Anglesea. Dziko żyjące koale spotkać możemy w pobliżu Kafe Koala. Warto zatrzymać się tu chociaż na kawę, ponieważ poza koalami, w okolicy znajdziemy również różne gatunki oswojonych papug. Ptaki chętnie jedzą z ręki, a także przysiadają na głowach turystów 🙂 Poza tym, koale czasem schodzą na tyle nisko, że właściwie można by ich dotknąć. Bardzo walczyłam z chęcią nawiązania kontaktu, ale świadomość, że dla tego żywego zwierzątka moja chwila przyjemności będzie olbrzymim stresem, powstrzymała moje zapędy. Nie powiem, że nie bez znaczenia był również fakt przenoszenia przez te urocze pluszaki wirusów z rodziny Herpes.

Aby przejechać Great Ocean Road trzeba pokonać w jedną stronę około dwustu kilometrów wzdłuż wybrzeża. I chociaż widoki są spektakularne, w pewnym momencie robią się dość monotonne. My dodatkowo trafiliśmy na wyjątkowo złą pogodę, więc wracając zatrzymaliśmy się ponownie tylko w Kafe Koala i przy Dwunastu Apostołach. Muszę przyznać, że ta ikoniczna atrakcja nie jest przereklamowana. Głównie dlatego, że chociaż na zdjęciu tego nie widać, Apostołowie są olbrzymi, każdy ma po kilkadziesiąt metrów. Jeżeli chodzi o nazwę, osobiście wolę tę dawna – Maciora i Prosięta, ale podobno nie brzmiała wystarczająco dostojnie. Nowa biblijna nazwa pojawiła się nie ze względu na liczbę kolumn, ponieważ kiedy ją nadawano, było ich dziewięć, a ze względu na to, że stoją blisko siebie jakby w rzędzie. Właściwie obecnie, od kiedy dwie z kolumn runęły do morza, a nurkowie odkryli dodatkowych pięciu Apostołów pod wodą, ich liczba wreszcie się zgadza.

Po powrocie do miasta, czekały nas jeszcze dwie noce w Australii. Początkowo myśleliśmy o tym, żeby wybrać się w jeszcze jedną wycieczkę, zwłaszcza, że w okolicy jest kilka interesujących miejsc. Fatalna pogoda zmieniła jednak nasze plany. Przypuszczam, że trzeba mieć naprawdę wyjątkowego pecha, żeby trafić w Australii na cztery dni pełne deszczu i piętnaście stopni. Zwłaszcza, że chwilę przed naszym przyjazdem i po naszym wylocie prognozy mówiły o temperaturach oscylujących w okolicy trzydziestu stopni. No cóż, przynajmniej wreszcie mieliśmy okazję trochę odpocząć po wyczerpujących dwóch tygodniach w Nowej Zelandii i trochę popracować. Wystawiliśmy nosy z noclegu tylko po to, żeby coś zjeść, raz pójść na basen i na jeden spacer, podczas przerwy w ulewie.

Podsumowując nasze pięć dni, dużo rzeczy złożyło się tak, że byliśmy lekko rozczarowani naszym pobytem. Przede wszystkim pogoda, która odebrała nam możliwość korzystania z plaż. Uderzyły nas również ceny, a raczej stosunek ceny do jakości. Noclegi były bardzo drogie, zazwyczaj bez wifi i ze wspólną toaletą. Żywiliśmy się przez ten czas głównie różnej maści fast foodami, ponieważ są one około cztery razy tańsze niż normalne posiłki. Dodatkowym minusem była nasza współpraca z miejscowymi, są oni oczywiście bardzo mili i życzliwi, problem pojawia się jednak w momencie, w którym trzeba załatwić nawet błahe rzeczy. Nie zawiodły nas natomiast miejscowa fauna i Great Ocean Road.

No cóż, trzeba będzie kiedyś wybrać się do Australii na dłużej i odczarować trochę to pierwsze niezbyt pozytywne wrażenie 🙂