weekend w Barcelonie i Andorze

O Barcelonie na blogach podróżniczych napisano zapewne już wszystko. Niezrażony tym faktem, dodam od siebie kilka słów na temat naszego krótkiego pobytu w tym mieście i okolicach. W tym roku postanowiliśmy spędzać swoje urodziny poza domem- i moje świętowaliśmy wybierając się właśnie do Barcelony. W jedną stronę polecieliśmy bezpośrednio z Gdańska Wizzairem, a do domu wróciliśmy z krótką przesiadką w Londynie korzystając z usług Ryanair. Byliśmy już kiedyś wspólnie w stolicy Katalonii, jednak był to tylko jeden krótki wieczór, podczas całonocnej przesiadki w trakcie podróży do Maroka. Tym razem przyszła pora na porządne zwiedzanie miasta, a z racji na fakt, że chcieliśmy również zobaczyć okolice Barcelony i Andorę, zdecydowaliśmy się na wynajem samochodu. Zwiedzanie stolicy Katalonii własnym samochodem nie jest tak złym pomysłem jak powszechnie się uważa, jednak sądzę, że jest to rozwiązanie działające jedynie poza sezonem.

Do wynajmu auta zachęciły nas jak zwykle bardzo korzystne ceny oferowane przez wypożyczalnie poza sezonem. Za wynajem samochodu w terminie od osiemnastego do dwudziestego pierwszego marca zapłaciliśmy niecałe 300 złotych, a w cenie zawierało się ubezpieczenie, nielimitowane kilometry i możliwość wyjazdu z Hiszpanii do Andory. Gdyby ktoś zdecydował się na podróż z Barcelony do Andory autobusem, to koszt biletu w jedną stronę wynosi 28 euro. Jak widać, wynajem samochodu wychodzi znacznie taniej. Ponadto, posiadanie własnego środka transportu umożliwiło nam skorzystanie z oferty hotelu, który mimo, że znajdował się na obrzeżach miasta, to kusił bardzo niskimi cenami i pysznymi śniadaniami.

Jedyną więc niedogodnością w tej sytuacji było zrozumienie ostro porąbanych zasad parkowania w tym mieście, gdzie są zasadniczo dwie strefy parkowania; zielona i niebieska. Dodatkowe strefy obejmują zatoki dla załadunku i rozładunku oraz pasy dla autobusów. Podaję informacje za barcelonacheckin.com:

Zielone strefy wydzielone są w dwudziestu dwóch częściach miasta i co do zasady zarezerwowane są przede wszystkim dla mieszkańców, który płacą za taką możliwość jedno (sic!) euro tygodniowo. Stawka jest wyższa dla osób, które nie dysponują kartą mieszkańca, a bez niej nie można tam zostawić samochodu na dłużej niż dwie godziny. Strefy zielone funkcjonują od poniedziałku do piątku, lub od poniedziałku do soboty w godzinach od 8:00 do 20:00. Poza tym przedziałem czasowym większość stref zielonych to strefy darmowego parkowania.

Strefa niebieska jest strefą płatną dla wszystkich, a postój w niej możliwy jest tylko przez ograniczony czas (jedna do czterech godzin w zależności od miejsca). Płaci się od poniedziałku do piątku w godzinach od 9:00 do 14:00 oraz od 16:00 do 20:00. Zawsze należy zwracać uwagę na informacje na parkometrach, ponieważ w niektórych miejscach, na przykład przy plaży i w ścisłym centrum opłatę należy uiścić również w soboty, niedziele i święta. Poza wspomnianymi wyżej godzinami parkowanie jest darmowe; mimo to dobrze jest zwracać uwagę na godziny na parkometrze, żeby uniknąć kosztownych pomyłek.

Barcelona ma również miejsca wydzielone dla załadunku i rozładunku ciężarówek i samochodów dostawczych, gdzie mogą one stać przez maksymalnie 30 minut od poniedziałku do piątku w godzinach 8:00 – 20:00. Poza tymi godzinami są to strefy darmowego parkowania. Miejsca te są oznaczone żółtymi zygzakami, więc bez problemu można je rozpoznać. W weekendy możliwe jest również parkowanie na niektórych pasach dla autobusów. Są to najczęściej pasy na szerokich ulicach takich jak Muntaner czy Balmes. W miejscach tych są specjalne znaki i informacje o warunkach postoju; jeśli ich nie ma to, lepiej nie zostawiać tam samochodu.

Po dogłębnej analizie zasad dotyczących parkowania przyszła pora na zwiedzanie. Na pierwszy ogień trafił punkt widokowy Tibidabo, będący jednocześnie najwyższym wzgórzem w Barcelonie. Rozpościera się stamtąd bardzo ładny widok na całe miasto.

  

  

Z Tibidabo wyruszyliśmy do Parku Güell, do którego wcześniej kupiliśmy bilet wstępu na określoną godzinę. Park zaprojektowany został przez chyba najsłynniejszego architekta świata-  wyraźnie gardzącego kątami prostymi Antonio Gaudíego – na życzenie jego przyjaciela Eusebi Güella, barcelońskiego magnata przemysłowego, który przedsięwzięcie sfinansował. Projekt w założeniu miał być osiedlem dla najbogatszych mieszkańców miasta, prace trwały czternaście lat i nigdy nie zostały ukończone. Powstało jedynie pięć budynków: dwa pawilony po dwóch stronach głównego wejścia oraz trzy inne w samym parku. W 1922 roku władze Barcelony wykupiły teren i przekształciły go w park miejski. Obecnie, jest to obok Sagrady Familii najsłynniejsza wizytówka Barcelony; turystów jest bardzo wielu, ale zwiedzanie parku jest jak na hiszpańskie warunki bardzo dobrze zorganizowane.

  

  

  

Następnym punktem planu było kolejne widokowe wzgórze Montjuïc, skąd zobaczyć można w całej okazałości Plaça Espanya. Później odwiedziliśmy bardzo tani bar tapas (tapasy po 1 euro zdecydowanie są czymś, co bardzo lubimy!) i wybraliśmy się pieszo przez słynny deptak La Rambla do dzielnicy gotyckiej. Pod koniec marca w centrum Barcelony panował raczej spokój, zarówno pod względem liczby turystów, jak i działań naganiaczy, więc spacer odbywał się w bardzo miłej atmosferze. W okolice Sagrady Familii udaliśmy się metrem, a samą katedrę obejrzeliśmy jedynie z zewnątrz. Nie jestem wielkim koneserem architektury, aczkolwiek ciężko przejść obojętnie obok największego dzieła Gaudiego. Nie dość, że budowa rozpoczęła się w 1882 roku i do tej pory nie została ukończona, to jeszcze niezwykła dbałość o szczegóły i zamiłowanie do kiczowatych rozwiązań nadaje katedrze niepowtarzalnego charakteru. Bilet wstępu do środka kosztuje 15 euro, jednak uznaliśmy, że zwiedzimy ten budynek od wewnątrz dopiero, gdy go ukończą 😉 Najwcześniej wydarzyć się to może w 2026 roku, w setną rocznicę śmierci Gaudiego.

  

  

Następny dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie klasztoru Montserrat i Andory. Montserrat to przepięknie położony klasztor 40 km na północny-zachód od stolicy Katalonii. Co prawda kursują tam pociągi z centrum Barcelony, ale dostać można się tam też samochodem i jedyną związaną z tym opłatą będzie opłata parkingowa. Zwiedzić Montserrat warto z dwóch powodów – po pierwsze, z kilku punktów widokowych rozpościerają się przepiękne widoki na całą Katalonię, a po drugie, z powodu kultu Czarnej Madonny, patronki Katalończyków, jest to miejsce bardzo ważne dla zrozumienia katalońskiego nacjonalizmu.

  

Z Montserratu do Andory jedzie się około dwie i pół godziny, ale ta malownicza trasa może zająć znacznie więcej czasu, gdy co chwila ma się chęć, żeby się zatrzymywać i podziwiać widoki.

Krótki rys historyczny: w nagrodę za waleczność mieszkańców podczas walk z Maurami Karol Wielki nadał Andorze prawa miejskie. W XII wieku kraj ten był przedmiotem sporu pomiędzy hiszpańskim biskupami, a ich francuskimi sąsiadami z północy, hrabiami z Foix. W 1278 roku udało się rozwiązać ten konflikt – na mocy zawartego porozumienia biskup i hrabia zostali współrządcami. Andora natomiast zobowiązała się płacić obu stronom daniny, i taki stan trwa do dziś, gdyż głowami państwa są dwaj współksiążęta: każdy kolejny biskup katalońskiej diecezji Urgel oraz każdy kolejny prezydent Francji.

W samej Andorze nie ma wiele do oglądania, a przy okazji jest tam znacznie zimniej niż w Barcelonie. Wszystkie miasteczka są bardzo do siebie podobne i nie ma się co za bardzo nastawiać na podziwianie architektury. Jednakże położenie tego kraju jest przepiękne i to właśnie bliska obecność Pirenejów sprawia, że widoki bywają fenomenalne. Zimą kraj ten staje się kurortem narciarskim, a latem oferuje turystom setki tras do odbywania trekkingów. Andora jest też świetnym miejscem na zakupy- z powodu bardzo niskich podatków, codziennie przyjeżdżają tu tysiące Hiszpanów i Francuzów.